Teksty

E=mc2, czyli credo ateisty (cz. 2)

(link do pierwszej części tekstu)

Otóż, podstawowym elementem mojej wiary jest przekonanie, że wygrałem w kosmicznej loterii zarówno własne życie jak i właściwą istotom ludzkim, a niedostępną dla innych form życia, świadomość własnego istnienia i możliwość czerpania z tego faktu świadomej satysfakcji. Wierzę, że swoje życie zawdzięczam trwającemu od miliardów lat splotowi zadziwiających okoliczności i zdarzeń, które w rezultacie doprowadziły do mojego zaistnienia. Biorąc pod uwagę, że prawdopodobieństwo powstania mojej osoby w takiej a nie innej formie jest miliardy razy mniejsze od prawdopodobieństwa kilkukrotnego wygrania pod rząd w totka, mam prawo uważać się za prawdziwego szczęściarza, podobnie zresztą jak reszta ludzi. Wierzę, że śmierć będzie końcem mojego świadomego istnienia i końcem życia w takiej formie do jakiej jestem obecnie przyzwyczajony, choć oczywiście nie będzie końcem tego czym jestem w sensie fizycznym. Atomy materii, z której mam przyjemność się obecnie składać, przetrwają w niezmienionej formie kolejne kilkadziesiąt miliardów lat a szybki proces ich redystrybucji po mojej śmierci sprawi, że za nie więcej niż kilkaset lat, będę małą cząstką każdego żywego organizmu na Ziemi. Ta perspektywa naprawdę wprawia mnie w doskonały humor.

Wierzę, że czas życia jest jedynym czasem jaki został nam dany do zrobienia tego po co zostaliśmy stworzeni, to znaczy, do odkrycia i urzeczywistnienia najlepszej wersji samego siebie i bycia szczęśliwym. Drugiej szansy nie będzie. Wierzę, że każdy nosi w sobie paradygmat swojego doskonałego Ja. Ja, wykorzystującego wszystkie posiadane zdolności i talenty. Ja, potrafiącego w świadomy sposób przekształcać się i udoskonalać. Ja, zaprogramowanego na odnalezienie tego co dla niego najważniejsze i wyposażonego w możliwość przeżywania szczęścia tu i teraz. Wierzę, że każdy posiada możliwość odkrycia swojego doskonałego Ja i zdolność bycia szczęśliwym bez względu na okoliczności, choć z drugiej strony, jest oczywiste, że tylko nieliczni z nas możliwości te odkryją i wykorzystają. Wierzę, że życie każdego człowieka ma niezaprzeczalną wartość i głęboki sens. Tym sensem jest zrozumienie samego siebie, swoich potrzeb, motywów swoich działań i wybór takich reakcji, które pozwalają się nam rozwijać i czerpać radość z życia. Żeby być sobą i czerpać z tego radośc, trzeba najpierw wiedzieć kim się jest. Odkrycie tego to nasze najważniejsze zadanie. Życie nieświadome, życie bez miłości, ciekawości, bez potrzeby rozwoju, bez radości, w lęku, marazmie, poczuciu obowiązku, poczuciu winy, bezradności, niesprawiedliwości i krzywdy nie jest życiem. Przynajmniej nie dla mnie.

Wierzę w to, że każdy, bez względu na to gdzie i w jakich warunkach przychodzi na świat, posiada swój wewnętrzny kompas szczęścia i wystarczający potencjał do zrealizowania swoich marzeń choć niewątpliwie, niektórzy z nas, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mają zdecydowanie trudniej lub łatwiej od innych. To jednak, w moim przekonaniu, nie ma znaczenia.

Problem polega na tym, że w toku wychowania, edukacji i socjalizacji zwykle nabywamy i głęboko utrwalamy sobie zbiór uwarunkowanych przekonań o naszej niskiej wartości, braku realnego wpływu na własne życie jak też, absurdalne i niewyobrażalnie szkodliwe przekonanie, iż kierowanie się własnym szczęściem jest egoizmem, grzechem, czymś złym i niewłaściwym. Nasza dziecięca ciekawość, chęć poznawania, uczenia się, rozwoju jak też, potrzeba niezależności są tłumione i zastępowane standardowymi i powszechnie uznawanymi systemami wartości i przekonań, systemami niedorzecznych nakazów i zakazów opartych na mechanizmie kar i nagród udzielanych nam zwykle w formie akceptacji lub jej braku. Skutkiem całkowicie nieświadomej socjalizacji oczekiwań jakie żywi wobec nas nasze otoczenie, stajemy się poprawnymi i przeciętnymi członkami społeczeństwa czyli, mentalnymi zombie, których największą aspiracją jest dobrze płatna praca w dużej korporacji, wczasy all inclusive i wyjazd na mecz piłkarskiej reprezentacji. Godząc się na to aby inni sprawowali kontrolę nad naszym życiem zapominamy o naszych marzeniach, przestajemy być świadomi własnych możliwości i siły, godzimy się z poczuciem niemocy, przestajemy się rozwijać i popadamy w apatię, żywiąc nadzieję (wszak wmówiono nam, że to ona jest w życiu najważniejsza), że kiedyś wszystko się zmieni, wygramy w totka i dopiero wszystkim pokażemy na co nas stać. Myśląc, że „może kiedyś” lub, co gorsza, dręcząc się myśleniem o niewykorzystanych okazjach w przeszłości, przegapiamy jedyny moment, w którym naprawdę możemy czegoś dokonać. Tym momentem jest teraźniejszość. Teraźniejszość jest właśnie tym czasem, w którym upływa nasze życie. Zadziwiające jednak, jak wielu ludzi funkcjonuje mentalnie głównie w przeszłości rozpamiętując swoje porażki, w przyszłości zamartwiając się o to co będzie lub, niewiadomo gdzie, snując marzenia, których i tak nie odważą się nigdy zrealizować bo w możliwość ich realizacji w ogóle nie wierzą.

Większość z nas jest jak wychowany w kurniku orzeł z bajki Tonego De Mella („Przebudzenie”), przekonany, że sam jest kurą i zazdroszczący innym orłom szybującym po niebie. Większość z nas jest jak słoń w cyrku z bajki opowiedzianej przez Jorge Bucay’a w książce „Pozwól, że ci opowiem …”, który będąc oseskiem nie miał wystarczającej siły by, mimo desperackich prób,  zerwać cienki łańcuch jakim był przywiązany do kołka. Mały słoń zwątpił w końcu, że może tego dokonać, pogodził się ze swoją niemocą i zaakceptował porażkę. Potem urósł i nabrał wystarczająco dużo siły aby zerwać dziesięć takich łańcuchów, nadal nie wie jednak, że może to zrobić, nie wierzy w to, nie zna swoich możliwości i nie podejmuje już walki, bo mentalnie dawno już się poddał i uwierzył, że nie jest w stanie tego zrobić. Uwarunkowane w dzieciństwie doświadczenie niemocy nie pozwala mu zrobić tego w wieku dorosłym. Teraz, żeby zatrzymać go w miejscu wystarcza kawałek zwykłego sznurka. Gruby łańcuch na nodze nie jest potrzebny, bo ten w głowie jest o wiele bardziej skuteczny. Tak samo jest z większością z nas. Większość z nasz dawno kiedyś uwierzyła, że czegoś nie może lub nie potrafi i tak już pozostało. Sposób szkodliwego, uwarunkowanego myślenia o sobie świetnie podsumował Stanisław Jerzy Lec w jednej ze swoich „Myśli nieuczesanych”, która mówi, że marzeniem niewolnika [który uwierzył, że będzie nim do końca życia] wcale nie jest wolność, ale targ, na którym wybiera się panów.

Większość z nas pozostanie więc w kurnikach i w cyrkach, do końca życia. Dla tych jednak, którzy znów uwierzą, że mogą rozwinąć skrzydła i zerwać krępujące ich sznurki i odważą się to zrobić, i dodatkowo, będą mieli wystarczająco dużo determinacji aby nie wrócić w stare, dające poczucie pozornego bezpieczeństwa, choć nie dające żadnej satysfakcji koleiny szkodliwych uwarunkowań, życie stanie się na nowo czymś fascynującym a świat stanie się kopalnią niezwykłych możliwości. Prawdziwym sekretem siły jest wszakże jej świadomość. Każdy z nas ma zdolności i talenty, o które nigdy by się nie podejrzewał. Każdy z nas posiada wewnętrzny potencjał wielokrotnie przekraczający wszystkie nasze ograniczone wyobrażenia o nas samych. Potrzebna jest tylko wiara w to, zanim jeszcze otrzymamy jednoznaczne dowody i ciężka praca by to rozwinąć i w sposób właściwy wykorzystać.

Aby tego jednak dokonać, należy najpierw radykalnie zmienić sposób myślenia o samym sobie i o otaczającym nas świecie. Aby rozpocząć proces zmiany i drogę rozwoju należy przyjąć i uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze życie i to co nas w życiu spotyka. To trudne, zważywszy, że do tej pory obwinialiśmy wszystkich i wszystko za nasze niepowodzenia a nasze sukcesy przypisywaliśmy przypadkowi, bez wiary, że na nie zasługujemy. Taki sposób rozumowania jest błędny i niezwykle szkodliwy. W istocie to, jak wygląda nasze życie jest konsekwencją naszych utrwalonych, zwykle nieświadomych przekonań i wynikających z nich decyzji, tych podjętych i tych, nie podjętych. Człowiek, który nie wierzy, że sprawuje kontrolę nad swoim życiem zwykle pozwala innym aby decydowali za niego. Trudno się dziwić, że tak podjęte decyzje zwykle nie są dla nas korzystne i zgodne z naszym najgłębszym poczuciem szczęścia. Łatwo wówczas jednak obwinić innych o to, że nie jesteśmy szczęśliwi i kółko się zamyka. Wynikiem przekonania, że nasze życie nie należy do nas, i że nie mamy na nie żadnego wpływu jest poczucie całkowitego braku sensu takiej egzystencji. W poczuciu, że nie mamy żadnej kontroli nad naszym życiem zwykle popadamy w stan apatii, fatalistycznie godząc się na to co zgotuje nam los lub, próbujemy się buntować występując desperacko przeciwko otoczeniu, które w naszym mniemaniu nas krępuje i unieszczęśliwia. Obydwie strategie są całkowicie bezsensowne a całkowity brak ich skuteczności utwierdza nas jedynie w przekonaniu, że nie mamy żadnej kontroli nad własnym życiem, że naszym życiem rządzi przypadkowość, czynniki zewnętrzne i inni ludzie. To naprawdę paskudna świadomość. Zadziwiające jest to, że ludzie potrafią wierzyć w przeróżne, nawet najbardziej absurdalne rzeczy, mało kto jednak wierzy, że sam kontroluje swoje życie, że to co spotyka go w życiu zależy wyłącznie od niego. Mało kto ma ochotę świadomie wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje sukcesy i porażki. Mało kto wierzy, że posiada wystarczający potencjał i możliwości by realizować swoje marzenia i żyć w poczuciu radości i satysfakcji. Mało kto wierzy, że w każdej chwili może się zmienić i ukształtować w inny, lepszy sposób. Mało kto jest gotów przyznać, że unieszczęśliwia się sam i nikt poza nim, nie jest za ten stan odpowiedzialny.

W istocie, każdy dostaje w swoim życiu dokładnie to, czego w utrwalonych i zwykle nieświadomych przekonaniach oczekuje. Każdy dostaje to, co w jego systemie głęboko utrwalonych przekonań mu się należy. W tym właśnie tkwi klucz do życia szczęśliwego i spełnionego ale też, do życia naznaczonego porażką, poczuciem krzywdy, rozpaczy, rozczarowania i niespełnienia.

W związku z tym, że system zasadniczych przekonań każdego z nas o nas samych i o otaczającym nas świecie, kształtuje się w dzieciństwie, w okolicznościach i warunkach na które nie mamy świadomego wpływu a, które przeważnie utrwalają w nas przekonania negatywne, szkodliwe i dobierające nam wiarę w siebie, uświadomienie sobie tego i rozpoczęcie procesu zmiany zabiera zwykle dużo czasu i wymaga ciężkiej pracy. Przekonania, z neurochemicznego punktu widzenia, to utrwalone połączenia neuronowe w naszych mózgach, przy pomocy których nasze mózgi filtrują bodźce napływające ze świata zewnętrznego, przetwarzając je i przypisując im z góry określone wartości i znaczenia. Na żadnym etapie naszego życia nie jesteśmy jednak ostatecznie ukształtowani, choć nie da się ukryć, że niektórzy z nas mentalnie pozostaną na poziomie siedmiolatka do końca swych dni, żywiąc te same przekonania, które nieświadomie nabyli w dzieciństwie. Dla tych, którzy chcą rozpocząć pracę nad rozwojem swojej osobowości, pracę nad uwalnianiem się od przekonań, które im szkodzą i nie pozwalają żyć w zgodzie z wewnętrznym poczuciem własnego szczęścia, jest jednak dobra wiadomość. Mózg ma zadziwiającą właściwość, nota bene odkrytą całkiem niedawno. Mózg jest neuroplastyczny, co oznacza, że przy pomocy ćwiczeń polegających na utrwalaniu odmiennych do wyuczonych, sposobów myślenia można wytworzyć nowe połączenia w mózgu i doprowadzić do zaniku starych. Praca nad zmianą przekonań zasadniczo nie różni się niczym od pracy nad zdobyciem nowej umiejętności, na przykład – prowadzenia samochodu czy, jazdy na nartach. Krótko mówiąc, tak jak z chuderlaka można zrobić kulturystę, tak można całkowicie zmienić swoją osobowość i z wiecznie niezadowolonego marudy stać się osobą radosną, pewną siebie i zadowoloną z życia. Brzmi nieprawdopodobnie ale to prawda. Zapyta ktoś, czemu zatem tylu ludzi woli marudzić i narzekać, żyć w poczuciu krzywdy, ciągłego lęku, niesprawiedliwości i rozpaczy zamiast cieszyć się życiem ? Odpowiem cytatem z książki W.W. Dyera, pt. „Pokochaj siebie”, którą przy okazji wszystkim polecam, a który brzmi: „łatwo jest być szczęśliwym wystarczy przestać być nieszczęśliwym tyle, że to drugie jest bardzo trudne”. Nasz mózg nie lubi zmian. Zmiana to niepewność i ryzyko niepowodzenia. Łatwiej jest chodzić wydeptanymi ścieżkami; są może nudne i zwykle prowadzą do nikąd albo w te miejsca, które doskonale znamy ale przynajmniej wydają się bezpieczne. Nasze mózgi są może neuroplastyczne ale niechętnie dają się ugniatać jak ciasto. Poza tym, przez wiele lat intensywnego treningu nauczyliśmy się dostawać za nasze bezproduktywne, neurotyczne, szkodliwe, autodestrukcyjne zachowania wiele pozornych korzyści psychologicznych, z którymi na początkowym etapie przebudzenia niechętnie chcielibyśmy się rozstawać. Pomyślcie, ile zainteresowania, współczucia i wsparcia otrzymujemy za nasz smutek i rozpacz, czy zły stan zdrowia; jak łatwo usprawiedliwiamy własną bierność, nieudolność i lenistwo obciążając los, okoliczności, historię, genetykę i innych ludzi za to, że ciągle coś nam nie wychodzi; jak lekko akceptujemy naszą bezczynność i lęk przed porażką zakładając z góry, że i tak nam się nie uda więc po co próbować; jak dużo akceptacji lub świętego spokoju otrzymujemy robiąc to czego oczekują od nas inni a na co sami zwykle nie mamy najmniejszej ochoty. Jak miło sobie pomarudzić oskarżając cały świat o niecny spisek przeciwko nam, wiatr w oczy i rzucanie kłód pod nogi zamiast, otwarcie przyznać, że wszystko co dobrego lub złego nas spotyka zawdzięczamy sobie samym. Korzyści jakie otrzymujemy za nasze neurotyczne zachowania i reakcje są jednak pozorne i, na dłuższą metę, w najmniejszy sposób nie rekompensują nam dotkliwych strat jakie w związku z tym ponosimy. Właśnie przy ich pomocy, nasze otoczenie manipuluje nami na różne sposoby a my znajdujemy wygodne wytłumaczenia dla naszej bierności i spotykających nas niepowodzeń. Chęć zyskania akceptacji i uniknięcia kary w postaci odrzucenia, bólu lub poczucia porażki jest tym co w istocie najbardziej nas ogranicza, nie pozwala się rozwijać i żyć w zgodzie z samym sobą. Uświadomienie sobie tego jest pierwszym niezbędnym krokiem do dokonania zmiany. Jest to trudne albowiem, system narzuconych nam wartości i przekonań stał się w procesie socjalizacji częścią naszego własnego sposobu postrzegania świata. Nie jest łatwe rozróżnienie tego co wynika z naszych prawdziwych i głębokich potrzeb od tego co, zostało nam wdrukowane do głów przez nasze otoczenie. I tu właśnie, ujawnia się głęboki sens duchowego cierpienia i porażki w naszym życiu. Tak jak ból fizyczny informuje nas o chorobie lub uszkodzeniu naszego ciała tak cierpienie duchowe informuje nas, że żyjemy w warunkach wewnętrznego konfliktu, i że należy dokonać zmiany aby uniknąć katastrofy. To informacja, że należy się obudzić i zacząć żyć. Cierpienie jest niezwykle czułym i wartościowym wskaźnikiem pokazującym, że żyjemy niezgodnie ze swoim poczuciem szczęścia, że robimy to czego w głębi ducha nie chcemy robić. Porażka natomiast, jest najlepszym paliwem postępu i rozwoju. W istocie, coś takiego jak porażka w ogóle nie istnieje. Subiektywne poczucie porażki utwierdza nas w przekonaniu, że jesteśmy do niczego. Przekonanie takie nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością i stanowi typowe skrzywienie poznawcze czyli błędną, subiektywną ocenę faktów wywołaną przez nasz uwarunkowany, zniekształcony sposób myślenia o sobie. Obiektywnie porażka, jest dla nas jedynie informacją, że nie osiągnęliśmy zamierzonego rezultatu i, że należy zmienić sposób działania, wprowadzić innowację, zmienić podejście aby rezultat ten osiągnąć przy kolejnym podejściu. Każda porażka to lekcja, która mówi nam, że nieefektywnie wykonaliśmy jakąś pracę. Porażka nie pojawia się w naszym życiu po to by nas zatrzymać ale po to, by uświadomić nam jak bardzo nam na czymś zależy i ile swojego potencjału jesteśmy gotowi zaangażować aby to zdobyć. Zadziwiające, jak wielu z nas nie wyciąga żadnych wniosków z takich lekcji, powielając non stop te same nieskuteczne strategie i utwierdzając się w przekonaniu o prześladującym nas pechu lub poddając się po pierwszej nieudanej próbie. Tak więc, każde poczucie życiowego dyskomfortu oznacza, że idziemy niewłaściwą drogą, i że powinniśmy coś zmienić. Jakże często jednak, konieczność zmiany błędnie rozumiemy jako potrzebę wprowadzania zmian na zewnątrz w poczuciu, że gdy zmienimy okoliczności wokół siebie, osiągniemy szczęście. Nie osiągniemy. Porządek rzeczy wokół nas jest wyłącznie odbiciem porządku w naszych umysłach a nie odwrotnie. Zmiana pracy, której nie lubimy, otoczenia, które nam nie odpowiada czy partnera, z którym związek przestał być dla nas satysfakcjonujący nie przyniesie nam szczęścia jeżeli nie jest to wynikiem gruntownej zmiany sposobu myślenia i zmiany własnych szkodliwych przekonań i wyobrażeń. Sukces, rozumiany jako szczęśliwe, wolne od konfliktów wewnętrznych życie, może przyjść wyłącznie od wewnątrz w wyniku procesu uświadomienia sobie, co jest dla nas ważne, skoncentrowania się na tym, zaangażowania wysiłku by to osiągnąć, umiejętności zmiany strategii jeżeli poprzednia okaże się nieskuteczna oraz umiejętności radzenia sobie z frustracją związaną z możliwym niepowodzeniem. Jak obrazowo i dowcipnie zauważa De Mello w „Przebudzeniu”, ciemności nie da się rozpędzić przy pomocy szczotki; ciemność rozprasza sie poprzez zapalenie światła.

Żeby jednak uwolnić się od konfliktów wewnętrznych i nauczyć się żyć w zgodzie z samym sobą należy najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest moim szczęściem, w jaki sposób zamierzam spędzić resztę swojego życia i, co najważniejsze, przestać się samemu oszukiwać. Zdecydowana większość ludzi wybiera takie życie jakie zupełnie ich nie satysfakcjonuje, oszukując się przy tym, że wszystko jest we względnym porządku lub, znajdując tysiące argumentów uzasadniających przekonanie, że lepiej być nie może, nic się nie da zrobić, tak musi być, nic się nie poradzi, los tak chciał, nie mam na to wpływu, może kiedyś, nie jestem wystarczająco dobry, to zbyt trudne, tak wypada etc, etc. Jeżeli zdobędziemy się na odwagę by przed samym sobą przyznać, że sytuacja, w której się znajdujemy nam nie odpowiada, i że chcielibyśmy to zmienić (nawet jeżeli w danej chwili niezbyt wierzymy w możliwość zmiany lub nie wiemy jak to zrobić) spojrzymy na nasze życie zupełnie z innej perspektywy. Z perspektywy kogoś kto nagle odkrył, że aby czuć się lepiej w okolicznościach, które mu nie odpowiadają, wcale nie musi udawać, iż akceptuje to czego tak na prawdę nie znosi. Ważniejsze jednak od uświadomienia sobie czego się nie chce, jest uświadomienie sobie, czego się chce czyli, nadanie naszym emocjom i oczekiwaniom ładunku dodatniego. Taki sposób określenia naszych oczekiwań pozwala nam skoncentrować się na tym co chcemy osiągnąć, zamiast na tym, czego chcielibyśmy uniknąć. To właśnie odróżnia ludzi wiecznie narzekających i użalających się nad sobą od ludzi osiągających sukcesy. Ci pierwsi wciąż narzekają na rzeczy, na które w ich mniemaniu nie mają żadnego wpływu, ci drudzy koncentrują się na tym co chcą osiągnąć, angażują w to swoją energię i to osiągają. Ci pierwsi, kurczowo trzymają się utartych wzorców myślenia i postępowania mając złudne poczucie bezpieczeństwa, ci drudzy by osiągnąć sukces są w stanie zaryzykować porażkę by, jeśli tak się stanie,  zmienić sposób działania i podjąć kolejną próbę.

Drugą ważną rzeczą, którą należy zrobić aby móc się rozwijać i czynić swoje życie coraz lepszym to, pozbyć się myśli, emocji i uczuć, które nam w oczywisty sposób szkodzą. Pierwszym krokiem do tego, jest uświadomienie sobie, że nasze myśli są wyłącznie naszą własnością. Owszem, zostaliśmy nauczeni pewnych sposobów myślenia, nasze wewnętrzne przekonania pełne są zapożyczonych stereotypów, schematów i wzorców ale, za to co dzieje sie w naszych głowach, (poza przypadkami chorób psychicznych) sami jesteśmy odpowiedzialni. Wyłącznie my odpowiadamy za to co w danym momencie myślimy. Jeżeli uważamy, że jest inaczej i, że na przykład, jakieś myśli wypływają na powierzchnię naszej świadomości bez udziału naszej woli lub, co gorsza wbrew niej, powinniśmy natychmiast umówić się na wizytę do dobrego psychiatry. Podobnie jest z emocjami i uczuciami, które są wywoływaną przez nasze myśli reakcją emocjonalną na stany i zdarzenia, których doświadczamy.

Żadne określone emocje nie są obiektywnie przypisane do danego rodzaju zdarzeń. Zdarzenia to tylko zdarzenia, same w sobie nic nie znaczą i nie są ani dobre ani złe. Trzęsienie ziemi, deszcz, upał, opady śniegu, korek uliczny, wypadek samochodowy a nawet śmierć osoby bliskiej nie mają arbitralnie zdefiniowanej wartości negatywnej lub pozytywnej. To my w swoich myślach nadajemy zdarzeniom znaczenie, sami wywołując określoną reakcję emocjonalną. Konsekwencją uświadomienia sobie tego jest odkrycie, że nie istnieje coś takiego jak problem. Istnieją tylko fakty, które mogą nie być zgodne z naszymi oczekiwaniami. Największym problemem jest sposób w jaki nauczyliśmy się postrzegać problemy. Jeżeli się cieszymy, smucimy, gniewamy, wściekamy, czy też czujemy się wspaniale zawsze zawdzięczamy to reakcji na to co nas spotkało, a którą w danym momencie wybraliśmy w sposób świadomy lub nie. Jeżeli nauczyliśmy się myśleć w określony sposób w określonych sytuacjach, sytuacje takie za każdym razem będą wywoływały takie same emocje a my nie będziemy się nawet zastanawiać dla czego w danym momencie zareagowaliśmy tak, a nie inaczej. Z reguły, utrwalone w toku społecznej indoktrynacji nawyki myślenia i reagowania mają charakter autodestrukcyjny. Gniew, wstyd, poczucie winy, poczucie niesprawiedliwości, zamartwianie się o przyszłość, rozpamiętywanie przeszłości, obwinianie innych, zawiść, niechęć do osób których nie znamy, przypisywanie innym wrogich zamiarów, lęk przed nieznanym, potrzeba aprobaty i przynależności do grupy, lęk przed wykluczeniem z grupy, zadowolenie po otrzymaniu nagrody – wszystko to są wyuczone reakcje, które nie pozwalają się nam rozwijać, zatruwają nasze życie i pozwalają otoczeniu manipulować nami na milion przeróżnych sposobów. Ze swoim nieuświadomionym sposobem reagowania jesteśmy jak psy Pawłowa śliniące się na dźwięk dzwonka poprzedzającego jedzenie bez świadomości dlaczego tak się dzieje.  Politycy, duchowni, spece od reklamy, producenci kosmetyków i kultury masowej robią właśnie na tym największe kariery. Wszystkie te reakcje, których nas nauczono przy zastosowaniu systemu kar i nagród, mają na celu odebranie nam kontroli nad własnymi emocjami i co za tym idzie, nad własnym życiem. To nasze otoczenie dyktuje nam, co w danym momencie powinniśmy myśleć i czuć, a my bezwiednie ulegamy tej dyktaturze. Wszystko to ma na celu zatrzymanie nas w miejscu, odebranie naturalnej chęci poznawania, utrzymanie naszego statusu posłusznego członka stada, konsumenta powszechnych przekonań i upodobań, jednostki podporządkowanej powszechnie uznanym normom społecznym, środowiskowym, kulturowym, prawnym, religijnym i licho wie jakim jeszcze, z których większość nie tylko nie ma większego sensu ale w oczywisty sposób jest dla nas szkodliwa. Otoczeniu nie zależy na tym abyśmy byli ludźmi wolnymi emocjonalnie i mentalnie; ludźmi kreatywnymi, niepokornymi intelektualnie i duchowo, abyśmy byli indywidualistami i sceptykami, idącymi przez życie taką drogą jaka nam się podoba. Współczesna cywilizacja, gospodarka, polityka, kultura, kościół potrzebują niezliczonych rzesz niewybrednych konsumentów, zadowalających się byle czym, i którym można wcisnąć każdą tandetę, wmówiwszy im uprzednio, że dzięki temu poczują się szczęśliwsi. Jeżeli więc nie odrzucimy takiego sposobu myślenia i związanych z tym reakcji emocjonalnych jakich się od nas oczekuje i nie zaczniemy myśleć samodzielnie i reagować świadomie, życie będzie dla nas takie jak wymyślą je dla nas inni – tandetne, puste i niezrozumiałe.

Wierzę, że każdy z nas może w każdej chwili zmienić swój sposób myślenia i reagowania jeżeli tylko dojdzie do przekonania, że ten którym dotychczas się posługiwał mu nie służy i nie pozwala czerpać radości z życia. Każdy z nas może świadomie wybrać swoje reakcje na to co go spotyka i zachować jedynie te, które go rozwijają i wzbogacają. Każdy z nas odpowiada za to co w danym momencie czuje. Wybór negatywnych reakcji emocjonalnych na zdarzenia, na które nie mamy wpływu, jest z tego punktu widzenia wyborem pozbawionym najmniejszego sensu. Jeśli pada deszcz możesz kląć i wściekać się ile wlezie lecz nie wiele to zmieni. Równie dobrze możesz jednak wybrać inną reakcję – na przykład, radość z deszczu. Wybór należy do ciebie.

Warto też uzmysłowić sobie, że wszystko to co myślimy na swój temat, to przeszłość. Jeżeli myślimy o sobie: jestem nieśmiały, nie umiem tańczyć, mam lęk wysokości, ludzie mnie denerwują, jestem do niczego, nie mam zdolności do nauki języków, nie jestem wystarczająco atrakcyjny etc. etc. zakładamy, że tacy byliśmy, jesteśmy i pozostaniemy do końca życia. Wszystko to jednak odnosi sie do przeszłości. Tacy być może byliśmy do momentu wypowiadania tych słów bo, w przeszłości wybraliśmy taki sposób myślenia o sobie lub, tak zostaliśmy uwarunkowani, ale teraz, jeżeli będziemy chcieli wybierzemy inne wyobrażenia i przekonania na własny temat, takie które od tej pory będą nam dobrze służyć. Pomyślcie, ile w swoim życiu straciliście okazji i radości przez utrwalone, choć w większości przypadków błędne, negatywne przekonania na własny temat, którymi uzasadniliście niezrobienie czegoś na co w głębi serca mieliście wielką ochotę. Moja własna lista takich rzeczy byłaby irytująco długa, gdybym postanowił się tym irytować.

Wybór właściwego sposobu myślenia i reagowania na rzeczywistość jest ważny nie tylko z powodu samopoczucia, na które w danym momencie się decydujemy ale również z innego, dużo ważniejszego powodu.

Głęboko wierzę w to, że sposobem myślenia nie tylko reagujemy na otaczającą nas rzeczywistość ale przede wszystkim ją kształtujemy. Przypomnijcie sobie coś bardzo dobrego i ważnego w waszym życiu. Od czego się zaczęło ? Od jednej nieśmiałej myśli, która przebiła się na powierzchnię świadomości, wywołując ciąg zadziwiających okoliczności, które doprowadziły do tego o czym myślicie. Podobnie rzecz się ma z wydarzeniami, które definiujemy jako negatywne.

Tak, choć tego rodzaju wyznanie w ustach ateisty może się wydać nieco osobliwe, wierzę w to, że nasze myśli i emocje zarówno te dobre jak i te złe mają moc sprawczą, i w bezpośredni sposób wpływają na to, co się nam w życiu przytrafia. Dlatego, tak ważne jest pozbycie się negatywnych myśli, przekonań i emocji i wybór takiego sposobu myślenia, który będzie pozwalał nam w pełni wykorzystać własne możliwości i cieszyć się życiem. Takiego sposobu myślenia, który będzie generował pomyślne okoliczności a nie, przyciągał nieszczęścia. Jeżeli chcemy żyć dobrze, musimy po prostu, myśleć i czuć się dobrze. Nie można czuć się dobrze mając negatywne myśli, odczuwając gniew, złość, strach, wstyd czy zawiść. Nie można czuć się dobrze nie myśląc dobrze o sobie, uważając się za osobę bezwartościową, nieciekawą, nieatrakcyjną. Jak chcemy oczekiwać od innych, że będą nas lubili i szanowali jeżeli sami sie nie lubimy i nie szanujemy ? Jeżeli chcemy dobrze żyć musimy dobrze myśleć o sobie, o innych, o świecie. Jeżeli będziemy żywić przekonanie, ze świat jest miejscem złym, nieprzyjaznym, niebezpiecznym, pełnym podłych ludzi, którzy źle nam życzą, tak właśnie będzie. Jeżeli jednak będziemy z sympatią i szacunkiem odnosić się do siebie i do ludzi, a świat będziemy postrzegać jako miejsce dobre i przyjazne, szybko przekonamy się że świat jest dla nas skarbcem przeróżnych możliwości i źródłem ekscytujących zdarzeń, które nas wzbogacają i rozwijają. Miejscem pełnym wspaniałych, interesujących, mądrych ludzi, od których możemy się wiele nauczyć i którzy okażą nam swoją życzliwość i bezinteresownie pomogą kiedy trzeba. Tak czy inaczej, rzeczywistość zawsze da nam mnóstwo dowodów na potwierdzenie naszych utrwalonych przekonań, które na jej temat posiadamy bez względu na to czy będą one negatywne, czy pozytywne.

Zapyta ktoś może, skąd bierze się moja wiara ? Czy to nie głupie wierzyć, że myśli mają wpływ na rzeczywistość ? Czy mam na to jakieś dowody ? Owszem mam. Dowodem dla mnie jest moje życie i długa droga, którą przeszedłem od przekonania, że na nic nie mam wpływu do pewności, że wszystko co mnie spotyka zawdzięczam sam sobie. Dowodem dla mnie są dziesiątki przypadków, które mam okazję obserwować i wyciągać z nich wnioski. Dowodem dla mnie jest to, że potrafię czuć się szczęśliwy nawet wówczas jeżeli obiektywnie nie mam ku temu powodów. To są dowody wynikające z moich własnych i cudzych doświadczeń. Dla mnie dowody te są całkowicie wystarczające. Osobom, które nie zadowalają się jednak wnioskami wynikającymi z cudzych doświadczeń i domagają się jednoznacznego potwierdzenia teoretycznego, najlepiej w postaci jakieś mądrej i powszechnie szanowanej teorii naukowej, polecam uwadze najsłynniejszy chyba w historii wzór fizyczny – E=mci, wynikające z niego wnioski. Wzór ten, stanowi konkluzję szczególnej teorii względności Alberta Einsteina, która to teoria uświadomiła nam czym w istocie jesteśmy, przynajmniej z fizycznego punktu widzenia. Z teorii tej wynika, że jako byty fizyczne zbudowane z materii, jesteśmy nie czym innym jak skoncentrowaną formą czystej energii i to nie małej, czy nam się to podoba czy nie.

Jak pisze Bill Bryson w swojej fenomenalnej książce „Krótka historia prawie wszystkiego”:

„Najkrócej rzecz ujmując, równanie to mówi, że masa i energia są równoważne. Stanowią dwie formy tej samej rzeczy: energia jest uwolnioną materią, materia zaś jest energią oczekującą na uwolnienie. Podniesiona do drugiej potęgi prędkość światła [c ], jest naprawdę dużą liczbą, więc równanie mówi również, że w każdym kawałku materii ukryta jest ogromna – naprawdę ogromna – porcja energii. Jeśli jesteś dorosłym osobnikiem o przeciętnej posturze, to twoje ciało stanowi równowartość nie mniej niż 7×1018 dżuli potencjalnej energii. Nawet jeśli nie czujesz się specjalnie silny, możesz eksplodować z siłą 30 bardzo dużych bomb wodorowych (zakładając, że wiesz, jak uwolnić tę energię i rzeczywiście życzysz sobie pochówku z takimi fajerwerkami)”.

Na szczęście nie potrafimy uwalniać energii z której się składamy, bo przypuszczam, że znalazłoby się wielu chętnych na tak spektakularny i z całą pewnością niezbyt przyjemny dla otoczenia koniec egzystencji. Niemniej jednak, jako stan energii oddziałujemy i podlegamy oddziaływaniu energii, która nas zewsząd otacza, mimo, że nie jesteśmy tego świadomi. Chociaż nie możemy tej energii uwolnić, możemy świadomie zmieniać jej częstotliwość, właśnie poprzez wybór pozytywnych emocji, zestrajając się z podobnymi częstotliwościami w świecie, który nas otacza. Czy tego chcemy czy nie, nawet śpiąc czy siedząc w wannie wchodzimy w energetyczne interakcje ze wszystkim co nas otacza a świadomość tego faktu i umiejętność wyboru korzystnych dla nas częstotliwości może przynosić zadziwiające rezultaty i prowadzić do występowania niewytłumaczalnych ze zdroworozsądkowego punktu widzenia okoliczności. Jak dokładnie się to dzieje, nie wiadomo. Sposób w jaki energie oddziałują na siebie nie jest poznany. Wiemy jednak tyle, że w świecie kwantowym, czyli na poziomie pojedynczych porcji energii czyli kwantów, wszystko co uznajemy za fizycznie niemożliwe jest absolutnie powszechne. To świat cudów. Na tym poziomie koncepcja istnienia boga przestaje być sprzeczna z koncepcją ateistyczną. Na tym poziomie, jako ateista jestem skłonny uznać, że bóg rozumiany jako siła sprawcza istnieje. Jest po prostu w każdym z nas.

I na koniec jeszcze jedna sprawa, która, jak kilkukrotnie mogłem się przekonać, stanowi zwykle teologiczny ultima ratio osoby religijnej w dyskusji a ateistą, mający zadać ateistycznemu światopoglądowi ostateczny, miażdżący cios. Jest to przekonanie, że jeżeli nie wierzy się w życie po śmierci, perspektywa śmierci ostatecznej musi być czymś strasznym. Otóż nie. Zastrzegam jednak, że stwierdzam to wyłącznie we własnym imieniu ponieważ poglądy innych osób niewierzących na ten temat, nie są mi znane. Przynajmniej więc dla mnie, śmierć rozumiana jako kres świadomości, nie wydaje się wcale czymś strasznym. Pomyślcie, jak czuliście się, kiedy zakończyło się coś wspaniałego w waszym życiu, kiedy to mieliście poczucie, że zrobiliście lub osiągnęliście coś naprawdę niezwykłego. Czy czuliście smutek i żal, że to coś się skończyło, czy raczej radość i satysfakcję, że dane wam było to przeżyć i pokazać, na co was stać ? Ja, wyobrażając sobie takie chwile odczuwam to drugie i myślę, że dokładnie to samo będę czuł kończąc swoją egzystencję. Będę czuł, że wykorzystałem i przeżyłem ten czas najlepiej jak mogłem i zrobiłem to co do mnie należało i jeszcze dużo więcej. Gdyby jednak miało być inaczej, gdybym musiał umierać z poczuciem zmarnowanego życia to, wierzcie mi, gorliwie modliłbym się, aby obietnica życia po śmierci okazała się oszustwem, bo pozwoliłoby mi to uniknąć potwornego wstydu, trwającego – bagatela – całą wieczność.

<< Wróć do poprzedniej strony