Teksty

Dekalogowy zamęt

Notkę tę dedykuję Kubie.

          Dekalog – owoc bosko-ludzkiego przymierza z góry Synaj, recepta na dostanie się do Królestwa Niebieskiego, źródło chrześcijańskiego stylu życia i moralności. Oczywiście jedynie w teorii, niewielu wiernych przestrzega go już dziś w całej rozciągłości (założę się, że księży również). Jeśli jednak chodzi o moralnościowy aspekt dziesięciu przykazań to wydają mi się one zupełnie nie pasować do reszty Biblii – przepełnionej nienawiścią, surowymi karami, bezlitosnymi rzeziami, a nawet kazirodztwem (choć może bez tego „nawet”, w oryginale zdaje się to być zupełnie normalne zachowanie, praktykowane przecież za najbardziej prawego człowieka w całej Sodomie – Lota, bratanka Abrahama). Sam Jezus zapewne, gdyby tylko wykrzesał z siebie resztki szczerości, dopisałby w nawiasie przy piątym (czy rzeczywiście piątym?) przykazaniu adnotację tego typu – „bez mojego rozkazu” lub „w imię innego boga”. Lecz samą osobą Jezusa zajmować się nie chcę, ponieważ przypuszcza się istnienie pewnych okoliczności łagodzących jego zachowanie. Najlepiej chyba ujął to pewien amerykański psychiatra – dr William Hirsh, pisząc co następuje: „Wszystko co wiemy o Jezusie, pasuje tak doskonale do klinicznego obrazu paranoi, że jest wprost trudne do pomyślenia, że ludzie mogliby kwestionować dokładność tej diagnozy”. No ale cóż, każdy ma takiego boga, na jakiego przystał…

          Wróćmy jednak do dekalogu. Istnieje wiele jego podziałów i już ten fakt jest dla mnie kpiną. Czyż bowiem Biblia nie jest księgą nieomylną, każde słowo w niej pochodzi od boga, a jej nauki święte? Jak można więc pozwalać sobie na dowolność w tak ważnych kwestiach? Podziały używane przez katolików i luteran uważam za absurdalne, ponieważ nie zawierają jednego z biblijnych przykazań! Jak można tak lekceważyć słowa, nakazy swojego boga, któremu przecież wierni zawdzięczają swą egzystencję? Chodzi mi tu o drugie przykazanie z oryginalnego dekalogu:

„Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.” (Wj 20, 4-6 Biblia Tysiąclecia).

          Wchodząc do wybranego losowo kościoła katolickiego natkniemy się na całą masę różnych rzeźb i obrazów tego, co jest na niebie wysoko (Autorom nie chodziło tu też zapewne o chmury ani przelatujące ptaszki. Niebo nie było wtedy jeszcze miejscem poza czasem i miejscem, jeszcze nauka nie posunęła się aż tak na przód aby zdemaskować to kłamstwo, co jednak bez skrupułów w przyszłości uczyniła. Jednak niezawodna metaforyka kościelnych dogmatów po raz kolejny przesłoniła oczy co mniej wymagającym ludzkim umysłom.). Co więcej tłumy wiernych bez przerwy oddają im pokłony i modlą się do nich. Oczywiście zjawisko to ma o wiele szerszy zakres, święte obrazki i figurki są wszechobecne i wielu ludzi się do nich modli. W takiej sytuacji wprowadzenie oryginalnych przykazań do katolickich nauk byłoby ryzykowne, poziom katolickiej hipokryzji podniósłby się z ogromnego na jeszcze wyższy. Jedynym wyjściem jest pozostawienie tej niesamodzielnej sieroty, jaką stało się dokończenie ostatniego z przykazań (w wersji katechetycznej), w obecnej, niezbyt przekonywającej formie – „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”…

          Ponadto chciałbym poruszyć jeszcze inną, ważną i związaną z dekalogiem, choć nie tylko, kwestię. Jak przekonuje „Rottweiler Darwina” w jednej ze swoich ostatnich książek – „Bogu urojonym” – dziesięć przykazań plus przykazanie miłości były pierwotnie dyrektywami, odnoszącymi się jedynie do narodu żydowskiego. Przykazanie miłości znaczyło więc nie wiele więcej, jak tylko „miłuj innego Żyda, jak siebie samego”. Analogicznie utworzyć można oryginały dekalogowych przykazań.  Nie powinno więc dziwić już, że święty Jan, w swojej apokalipsie (a dokładniej Ap 7, 1-8 BT), ograniczając liczbę zbawionych do stu czterdziestu czterech tysięcy (mało pojemne to Niebo…) dusz wyraźnie zaznacza, że wszystkie pochodzą z pokoleń synów Izraela. Są to słowa, stanowiące niepodważalną prawdę, pisane były przecież pod wpływem boskiego natchnienia. Może więc czas zaprzestać ostentacyjnego manifestowania swej wiary i nienawiści względem narodu żydowskiego jako narodu „zabójców Jezusa”, skoro wśród zbawionych i tak nie znajdzie się żaden chrześcijanin…

<< Wróć do poprzedniej strony