Teksty

Dzień z życia ateisty

   Jak to człowiek mało wie sam o sobie…

   Czy wiecie, że ja niedawno dopiero dowiedziałem się, jaki jest mój plan dnia? Wyczytałem to w Internecie – dobra rzecz ten Internet, bo gdyby nie on, w ogóle nie dowiedziałbym się, jak żyję. Okazuje się bowiem, że niektórzy ludzie wiedzą to lepiej ode mnie! No cóż, skoro wiedzą lepiej, to nie wypada się z nimi sprzeczać, można im jedynie przytaknąć.

   Zatem…

   Wstaję rano i zaczynam poranną modlitwę. Jak powszechnie wiadomo, ateizm jest wiarą w nieistnienie Boga, więc, jak każda wiara, wymaga też pewnych praktyk religijnych. Klękam więc rankiem przy łóżku, nad którym wisi olbrzymi portret Lenina – bo przecież to jest bóg ateistów, o czym też powszechnie wiadomo – i rozpoczynam modły:

   „Nie wierzę w Boga-Ojca wszechmogącego… itd.”. Muszę to sobie powtarzać każdego ranka i każdego wieczoru, bo inaczej jeszcze mógłbym uwierzyć i byłby obciach – przestałbym być trendy, co spędziłoby mi sen z powiek na wiele długich lat.

   Potem biję żonę. Sprawia mi to olbrzymią przyjemność, więc tłukę ją, gdzie popadnie i tym, co akurat mam pod ręką. Jak powszechnie wiadomo, dobro i zasady moralne pochodzą od Boga. Skoro się go wyparłem, to nie mam żadnych zasad moralnych. Logiczne, prawda? Więc, niejako z obowiązku, jestem sadystą. Ale świetnie się z tym czuję.

   Potem idę do pracy, a po drodze ostrym gwoździem skrobię karoserie stojących na parkingu samochodów. Nie, żeby mi te samochody przeszkadzały, albo żebym nie lubił ich właścicieli. Po prostu, jest to zły uczynek, a ateiści uwielbiają robić złe uczynki, aby wszystkim ludziom wokół zamanifestować swoją niewiarę.

   Jeśli po drodze trafi się jakaś dziewczynka, idąca do szkoły, zaciągam ją w krzaki i gwałcę. Właściwie, nie robi mi różnicy, czy to dziewczynka, czy chłopiec, bowiem zdecydowanie odrzucam stare przesądy i świadomie promuję homoseksualizm. Mówię Wam, homoseksualizm ma przed sobą przyszłość! I jest trendy!

   Pracy nie będę opisywał, bo to niezbyt ciekawe dla moich czytelników. Nadmienię tylko, że przychodzę na tyle wcześnie, aby sprawdzić, czy których z moich kolegów nie postawił sobie czasem na biurku figurki Matki Boskiej, albo krzyżyka. Wtedy zabieram takowe dewocjonalia, niszczę je obcasem, albo kombinerkami i wyrzucam do śmieci. Bowiem nienawidzę takich świecidełek! Przy okazji robię to samo z figurkami, które, jak twierdzą właściciele, nie mają żadnego religijnego charakteru. Tak na wszelki wypadek. Przecież nie znam Biblii i nie wiem niczego o religii, więc przez tę niewiedzę mógłbym coś przeoczyć. Tak więc pod kombinerki idą kolejno: słoniki z podniesioną trąbą (jestem nimi oburzony – przecież one wznoszą trąby do Boga!), zdjęcia dzieci (a nuż któreś jest podobne do Bożej Dzieciny!), a ostatnio skasowałem koledze kubek z wizerunkiem jakiegoś zamku – bo to mógł być przypadkiem świetnie zakamuflowany kościół. W końcu, też ma wieżyczki.

   Gdy ktoś mnie pyta, co się stało z jego figurką, zawsze kłamię i wskazuję na niewinnego kolegę, po czym z uciechą oglądam tę kłótnię, jak najlepsze przedstawienie. Nic mnie bowiem nie cieszy tak, jak kłótnia między ludźmi.

   W drodze do domu, rozmyślam. Rozmyślam sobie o bezsensie mojego życia – no bo przecież jaki ono może mieć sens, skoro nie wierzę w życie pozagrobowe! Poza tym planuję sobie, jakie świństwo dziś zrobię i komu. Wolno mi! Przecież piekła nie ma, więc żadna kara  mnie za to nie czeka! Wszyscy wiedzą, że jak nad człowiekiem nie wisi miecz boskiej sprawiedliwości, to on gdzieś ma dobro drugiego człowieka!

   Wchodzę do domu, na dzień dobry daję żonie plaskacza w czoło, po czym jem obiad, klikając pilotem od telewizora. Za dużo do klikania nie ma, bowiem oczywiście nie pozwalam ustawić na telewizorze innych stacji, niż TVN. Jest to niejaki dyskomfort, ale w imię swojej wiary w nieistnienie Boga jestem zdolny do takiego poświęcenia. Władimir Iljicz mi to wynagrodzi w… Nie wiem w czym. Nie zastanawiam się. Przecież nie jestem zdolny do żadnej głębszej refleksji!

   Następnie idę na zebranie Komunistycznej Partii Ateistycznej. Tam wspólnie z innymi ateistami, ustalamy, komu dziś sklepiemy michę. Ja proponuję moją sąsiadkę, bowiem na własne oczy widziałem, że ma w przedpokoju powieszony krzyżyk. A krzyże powinny zniknąć ze ścian! Krzyż trzeba nosić w sercu! Więc razem z kolegami chodzimy po domach i umieszczamy krzyże w sercach ludzi. Przy odrobinie wprawy, to nietrudne – tylko trzeba zaostrzyć od tej dłuższej strony, wtedy lepiej wchodzi. Oczywiście, robimy to w rękawiczkach, żeby nas nie nakryli. Boimy się bowiem wyłącznie Wymiaru Sprawiedliwości – niczego więcej. Skoro piekła nie ma, to kto by się tam przejmował, że ktoś inny z tego powodu cierpi. Jako ateiści, nie odczuwamy współczucia, ponieważ ono samo też pochodzi od Boga.

   Gdy już wypełnimy nasz partyjny obowiązek, żegnamy się wylewnie, jak nasi idole, Breżniew z Gierkiem, po czym rozchodzimy się do domów. Ale tylko na chwilę, bowiem czeka nas jeszcze jeden rytuał. Musimy przecież pójść do hipermarketu!

   Hipermarkety są naszymi świątyniami. Dopiero tam czujemy, że żyjemy! Są tak pełne tej cudownej niewiary! I czujemy, że nas ta niewiara na wylot przeszywa i napełnia nasze serca, radując… o mało nie powiedziałem „nasze dusze”… Ale w przenośni! A najbardziej nas cieszy, gdy market otwarty jest w niedzielę! To jest to! Zawsze w niedzielę chodzimy do hipermarketu dwa razy! Wtedy wypełnia mnie taka wspaniała nienawiść do katolików! Rozglądam się wokół i widzę tłumy ateistów wokół siebie! I raduje się moje serce, że tak nas dużo! A podobno stanowimy malutki, pomijalny ułamek całego społeczeństwa!

   Wieczorem siadam w fotelu, otwieram bogato oprawione „Dzieła Wybrane” Lenina i urywki czytam rodzinie… Zaraz, powiedziałem „rodzinie”? Przepraszam, to przejęzyczenie! Ja oczywiście nie mam rodziny! Dzieci wyskrobałem, a rodziców poddałem eutanazji. Czytam żonie i kochankom obu płci.

   Następnie, napompowany dobrą energią, siadam do komputera i wchodzę do Internetu, aby poobrażać katolików. Lubię ich obrażać. Najbardziej lubię pluć na wiarę, Boga i papieża. Zwłaszcza tego ostatniego uwielbiam opluwać. Tak fajnie się wtedy wszyscy wściekają! Nic mnie nie cieszy tak, jak szarganie czyjejś świętości. A jak się trafi jakiś ksiądz! Ale frajda! Zaraz go mieszam z błotem. No i, oczywiście, opluwam. Bo opluwanie to integralna część działalności każdego internauty-ateisty. Wprawiam się w tym codziennie i już niedługo zdobędę sprawność opluwacza – tak mi obiecali w partii. Tylko musze dużo ćwiczyć. Wiec sobie opluwam wszystkich dookoła – z wyjątkiem gejów, ateistów, komunistów i liberałów, bo to są nasi. Przy okazji, czy ktoś z Was zna jakiś lek, który wywołuje ślinotok? Bo mogę się nie wyrobić i nie zdobędę sprawności…

   Potem jeszcze modlitwa wieczorna, tym razem przed portretem Stalina w dni parzyste i Hitlera w nieparzyste i już można zorganizować orgię. Każdy z każdym. I to wiele razy. Bez żadnych zahamowań.

   Czasami chodzę też do kościoła – oczywiście, w masce, żeby mnie nikt nie rozpoznał. I tam z premedytacją działam na szkodę tej znienawidzonej organizacji. Najpierw wychlapuję jak najwięcej wody święconej z kropielnicy. Większe zużycie oznacza większe koszty – niech kataniarze płacą! Potem buciorami błota nawnoszę – specjalnie zakładam te z głębokim bieżnikiem i do kościoła idę przez największe błocko. A tam, gdy nikt nie widzi, tupię i uderzam obcasem o obcas, żeby błoto wyleciało.  I przy tym wszystkim, nie daje na tacę. Przy okazji, gdy widzę jakąś klęczącą staruszkę, popycham ja od tyłu i ona wtedy robi takiego śmiesznego koziołka. A, niech ma, za te obrzydliwe modły! Z facetami nie zadzieram. Po co? Jeszcze od nich oberwę i siły partii zostaną osłabione! O, nie, o partię trzeba dbać!

   A potem, oczywiście, do hipermarketu, oczyścić się z tej dusznej atmosfery kościoła i nawdychać tej radosnej, odżywczej, przepełnionej świętym konsumpcjonizmem. Czasami czekają mnie tam prawdziwie radosne chwile. Na przykład, dowiedziałem się, że mamy swoje wtyki nawet wśród kleru. Na własne oczy widziałem, jak ksiądz robił zakupy w markecie! Czy to nie cudowne?

   I tak sobie żyję spokojnie, z dnia na dzień. Oczywiście, sensu to żadnego nie ma – bo jaki może mieć sens bez Boga? Przecież to on nadaje wszystkiemu sens! Nie mam pojęcia o miłości – bo przecież mieć nie mogę skoro odrzuciłem jej źródło. Nie odczuwam wyrzutów sumienia – a na co mi sumienie? Nie czuję potrzeby czynienia dobra – bo przecież jak nie ma przymusu, to komu by się chciało! I w ogóle, ale to w ogóle nie lubię nikogo, poza sobą samym.

   Więc strzeżcie się! Bo dziś mam dobry dzień i każdego z Was zdążę opluć!

   Z jednym wyjątkiem. Muszę od czasu do czasu podlizać się pewnemu proboszczowi, po którego poślę w ostatniej godzinie, aby się nawrócić na jedyną prawdziwą wiarę, jak to podobno czynią wszyscy ateiści.

   Ale na razie o tym nie myślę. Mam jeszcze czas! Na razie kombinuję, jakby tu sprzedać Polskę, zniemczyć Polaków, a polskość w ogóle wyplenić, bo, jako rasowy ateista, nienawidzę wszystkiego co polskie. Nawet polskiej wódki! Wolę północnokoreańską! I marzę o tym, że ten kraj rozkradną Niemcy, Żydzi i komuniści – ech, jak to będzie pięknie! Nareszcie będzie można wziąć się za burzenie kościołów! Na pierwszy ogień pójdzie ten w Krakowie, bo najbardziej mnie wkurza. Jakieś idiotyczne rytuały się tam odbywają, jakieś głupie hejnały tam grają, zamiast porządnej Międzynarodówki! A ten ołtarz to trzeba sprzedać – a kasę rozkraść. Przynajmniej jakiś pożytek z niego będzie… Na miejscu kościoła zbudujemy nowy, wspaniały hipermarket. Oczywiście, niemiecki, albo francuski. Potem przyjdzie czas na ten klasztor w Częstochowie! Tam można postawić nie tylko hipermarket, ale jeszcze starczy miejsca na galerię handlową. Nad resztą się pomyśli.

          *          *          *

   Tak, wiem, nie musicie nic mówić – tekst jest co najmniej dziecinny, jeśli nie zwyczajnie głupi. Sam sobie zdaję z tego sprawę. Ale jak człowiek naczyta się bzdur na forum, to musi jakoś odreagować - potraktujcie to jako swoistą autoterapię.

   Mam nadzieję, że prawdziwi chrześcijanie się na mnie nie obrażą. Wśród nich jest wielu wspaniałych ludzi, których bardzo cenię. Ja wiem – oni tak nie myślą. Oni wiedzą. Tymi, którym się zdaje, nie mam zamiaru się przejmować.

<< Wróć do poprzedniej strony