Teksty

Jak zostałem ateistą

   Napisanie tego posta wymagało ode mnie odwagi. Odwagi, by spojrzeć w siebie i przyznać się samemu przed sobą, do rzeczy, które wolałbym, przemilczeć. Przeczytanie go wymaga odwagi nie mniejszej.

   Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

   Na początku nic nie rozumiałem. Trudno wymagać od małego chłopca, żeby rozumiał cokolwiek z polityki, a tym właśnie zajmował się w moim mieście Kościół. Czasami rodzice zabierali mnie do kościoła, choć rzadko na mszę – małe dzieci i tak nic z niej nie wyniosą. I nie lubiłem tego miejsca. Było takie ciemne, tak nieprzyjemnie pachniało stęchlizną, ludzie tak dziwnie się w nim zachowywali…

   A potem zaczęto straszyć mnie księdzem. Gdy byłem nieposłuszny, mówiono mi, że mnie ksiądz wytarga za uszy po spowiedzi – i będę miał takie długie uszy, na pół metra. Tak było do chwili, gdy starsza o kilka lat kuzynka po spowiedzi wróciła z normalnymi uszami…

   Słyszałem opowieści o Jezusie, Słyszałem o jego śmierci na krzyżu. Bardzo płakałem, słuchając jej. I nie rozumiałem, dlaczego ten „Pambuk” kazał mu umrzeć. Wiedziałem tylko, że nie lubię tego Pambuka i wyobrażałem go sobie jako dość obrzydliwą kreaturę, która nie dorosła do władzy, jaką dostała do ręki.

   Potem dowiedziałem się, że nie żaden „Pambuk”, tylko Pan Bóg. I że jest dobry i miłosierny. I przestałem rozumieć cokolwiek. Mój czarno-biały świat, w którym podział na dobro (królewna, książę, Kopciuszek, Jezus, Czerwony Kapturek, myśliwy) i zło (smok, wilk, macocha, Pambuk, Olbrzym-ludożerca) był jasny i zrozumiały, rozleciał się. Wkroczyłem w inny świat – pełen relatywizmów, niedomówień i iluzji, w świat o wiele bardziej magiczny, niż ten, w którym żyłem dotychczas.

   Poszedłem do szkoły. Byłem zawsze najmniejszy w klasie, a przez to trochę nieśmiały. Wprawdzie czytać i pisać nauczyłem się sam dużo wcześniej, więc z nauką nie miałem problemów najmniejszych, ale stosunków międzyludzkich miałem się dopiero nauczyć. Myślę, że nie zdołano mnie tego nauczyć do końca – na zawsze pozostałym nieco zamkniętym w sobie, introwertycznym osobnikiem. A po kilku dniach posłano mnie do Domu Katechetycznego, na lekcję religii.

   Bałem się. Strasznie się bałem. Bałem się tych posępnych kobiet w czarnych habitach, bałem się ich groźnego spojrzenia, zaciętych ust i uwag, wypowiadanych głosem przyciszonym, a jednak tak bardzo bolesnym, jak smagnięcie bicza. Bałem się tego ponurego miejsca. Bałem się, bo w dalszym ciągu nic z tego nie rozumiałem. Już pierwsza lekcja była dla mnie nie do przełknięcia.

   Nie wiedziałem, dlaczego imię „Bóg” ma być najpiękniejsze. Mnie się nie podobało. O wiele bardziej podobało mi się imię Janek – tak miał na imię mój ulubiony bohater, Janek Kos. Ale czułem, że jeśli zaprzeczę, spotka mnie sroga kara ze strony tej chudej pani, która kazała na siebie mówić „siostra”. Ona mówiła to z taką pewnością i takim tonem, nie znoszącym sprzeciwu. I zrozumiałem, że aby być bezpiecznym, muszę mówić to, co chce usłyszeć siostra – nawet, jeśli myślę inaczej.

   Dziecko szybko przystosowuje się do warunków. Po pewnym czasie czułem się już lepiej na lekcjach religii – zwłaszcza, że los obdarował mnie umiejętnością opowiadania. Korzystałem z niej często, streszczając poprzednie lekcje, co zjednało mi pewne względy u siostry. A ona okazała się nie być taka zła, jak mi się wydawało na początku. Tak rozpoczęła się i trwała moja katolizacja.

   Co ją zmąciło? Ta sama siostra.

   Opowiedziała nam o Abrahamie, Izaaku i ofierze, jaką ten ostatni miał zostać.

   To było już trzy lata po mojej pierwszej lekcji religii. Z siostrą układało mi się różnie. Z postępów w nauce była zadowolona, z uczęszczania – mniej. Co robić? Miałem na głowie również szkołę muzyczną, a czas lekcji nakładał się na siebie… Ale mimo wszystko należałem do tej społeczności. I czułem się w niej dobrze. Aż do tej feralnej lekcji.

   Byłem przerażony. Dopiero co przeżyłem śmierć ojca. Wiedziałem, jakie straszne i brutalne jest odejście bliskiej osoby. A tu ojciec własnoręcznie porywa się na syna, a Bogu to się podoba? Wiem, nie dopuścił do tego, to była tylko próba. Ale to oznaczało, że Bóg wcale nie chce, aby ludzie się wzajemnie kochali – chce żeby ludzie byli mu posłuszni. Bezwzględnie posłuszni! Tak samo jak chciał… Nie wypowiedziałem wtedy tego imienia, bo bałem się, że ów miłosierny i dobry Bóg porazi mnie piorunem, za samo porównanie do pewnego Austriaka, którego postać interesowała mnie od już jakiegoś czasu.

   Nie rozumiałem tego. Siostra wytłumaczyła mi, że posłuszeństwo wobec Boga jest najważniejsze, ale to nie rozwiało moich wątpliwości. Ważniejsze nawet od miłości?

   Wątpliwości zaczęły pojawiać się coraz częściej i coraz liczniej. I któregoś dnia zrozumiałem, że to nie Bóg chce od nas bezwzględnego posłuszeństwa – tylko Kościół. Ten sam Kościół, który w postaci księdza na pogrzebie mojego ojca, przywłaszczył sobie daną mu przez matkę opłatę za pogrzeb. Widziałem. Matka dała mu sporą sumę. W księgę wpisał małą cześć, resztę schował do kieszeni. Nie wiedziałem, jak to możliwe, że on się nie boi Boga. Zrozumiałem później – nie boi się, bo wie, że albo on wcale nie chce od nas dobroci, miłości, uczciwości i skromności, albo… w ogóle go nie ma. Zrozumiałem, że bezwzględnie posłuszny człowiek to nieograniczona władza nad nim. A komu jest ona potrzebna? Przecież nie Bogu, który może wszystko!

   To był jeden ksiądz. Zacząłem obserwować innych. Jeden z nich był bardzo wesoły i sympatyczny. Lubiłem go. Ale, był to tylko jeden… Reszta była arogancka, zarozumiała i miała hopla na swoim własnym punkcie. Jak to się miało do ich nauk o pokorze?

   Nijak. Przewodnik, który każe iść w jedną stronę, a sam chodzi na skróty, nie budził już mojego zaufania.

   Od tej chwili mój rozwód z Kościołem był już tylko kwestią czasu. Ja sam czułem się zagubiony, gdy zabrakło w moim życiu przewodnika. Próbowałem więc go zrozumieć. Zacząłem czytać o historii Kościoła, zapoznawać się bliżej z jego działalnością i coraz bardziej czułem się zdołowany. Bowiem zaczęło do mnie docierać, że wielka tajemnica wiary nazywa się pieniądz. Każdą rzecz, którą głosił Kościół, dało się przeliczyć na korzyści, jakie mu to dawało. Zacząłem więc szukać gdzie indziej. Słuchałem Świadków Jehowy, słuchałem muzułmanina, słuchałem lamów.

   Nauki buddyjskie spodobały mi się najbardziej. Były zrozumiałe, logiczne, jedna rzecz wynikała z drugiej. I nikt tam nie żądał ode mnie bezwzględnej wiary, nikt nie twierdził, że zwątpienie jest grzechem, nikt nie straszył mnie boskim sądem. Ale zbyt sceptyczny umysł, jaki w międzyczasie ukształtował się w mojej głowie, nie pozwolił mi w to wszystko uwierzyć. Jedno mnie tylko przekonało – za swój los jestem odpowiedzialny ja i tylko ja.

   Z biegiem czasu coraz więcej zauważam rzeczy, które mnie utwierdzają w moim wyborze. Nie chcę wyznawać żadnej religii. Bo żadna z nich nie służy ani ludziom, ani żadnym innym istotom – a jedynie wąskiej grupie kapłanów, którym daje do ręki władzę nad ludzkimi umysłami. I tak się tylko czasem zastanawiam nad pojęciem jaźni.

   Jak to jest? Moja świadomość, moja osobowość, mój umysł – to wszystko zniknie wraz z moją śmiercią? Jaźń wydaje mi się czymś niewytłumaczalnym, kosmicznym fenomenem. Myśl ludzka – czymś nieziemskim i niematerialnym. Czy możliwe, aby to przetrwało w jakiejś formie, gdy moje ciało zjedzą już robaki? Nie wiem jak – może jako forma energii, jako … „coś”…

   Może i życie po śmierci istnieje. Wprawdzie z biegiem lat coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie powinienem na to liczyć, ale może się mylę. Co wtedy?

   Ano, pożyjemy, zobaczymy. Jednego jestem pewien – za nabijanie kasy najbogatszej organizacji w Europie, która wykorzysta to do wzmocnienia swojej władzy, żadne zbawienie mnie nie czeka. Dlaczego miałoby to być prawdą? Wiara? Wierzyć można w różne rzeczy. Dlaczego miałbym wierzyć akurat w to?

<< Wróć do poprzedniej strony