Teksty

Krzyż niezgody

Jak to zazwyczaj bywa z wyrokami Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, polaryzują one opinię publiczną, choć tak naprawdę mało kogo obchodzą okoliczności danego problemu. Z mediów dowiemy się tylko, że pewna Finka, mieszkająca we Włoszech poprosiła szkołę, do której uczęszczały jej dzieci, by w salach, w których się uczą, na ścianach nie wisiały krzyże. Będąc ateistką, chciała móc wychowywać swoje dzieci „po swojemu” i zapewnić im „wolność od religii”, uznając krzyże na szkolnej ścianie za zagrożenie wobec takiego sposobu wychowania oraz dyskryminację jej i dzieci. Szkoła się nie zgodziła, sądy włoskie zgodziły się ze szkołą. Złożyła zatem wniosek do Strasburga i wygrała. Dalsze skutki są nam wszystkim znane.

Gdy usłyszałem o tej decyzji, moją pierwszą myślą było „Nareszcie!”. Później jednak przyszedł moment opamiętania, gdy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nic to nie zmieni, że obie części społeczeństwa co najwyżej jeszcze wygodniej usadowią się w swoich okopach. O ile październik był miesiącem Alicji Tysiąc – to listopad jest miesiącem Soile Lautsi.

Na naszych osądach ciąży jeden, poważny moim zdaniem, mankament. Krzyże w szkołach już wiszą. (Powinienem tu napisać również: w Sejmie, państwowych urzędach, szpitalach, itd., ale w miarę możliwości będę się do tego odwoływał w dalszej części tekstu) Ta sytuacja zniekształca nasze spojrzenie w tym sensie, że to zdjęcie krzyży uznajemy za naruszenie świętego status quo, a antyklerykałów popierających tę inicjatywę – w myśl konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła – za „wojujących” obrazoburców.

Przykładem takiego myślenia jest moim zdaniem absurdalny argument, że postulat zdjęcia symboli religijnych z publicznych ścian to element walki z religią, a że obecnie mówimy o krzyżach, to jest to walka z katolicyzmem czy chrześcijaństwem w ogóle (należałoby dodać: jedynie słusznym poglądem). Nie wiem jaki status w życiu publicznym Włoch przyznaje się Kościołowi, ale jeśli tak jak w mediach polskich ma on sporo czasu antenowego na własność, wyznawane przezeń chrześcijańskie wartości są ustawowo propagowane przez państwowe media, a jego opinia jest nieodzownym elementem każdej dyskusji dotykającej sfery moralnej – to któraś ze stron nie rozumie pojęcia „prześladowanie”. Poza tym, w obecnych czasach, każda niepozytywna wypowiedź w stosunku do religii, uznawana jest za atak na nią – oczywiście mówię tu o reakcji danej grupy religijnej. Podobnie rzecz ma się z „ostrzeganiem”, że zbytnie „restrykcje” wobec chrześcijaństwa skutkować będą większym „rozpasaniem” islamu. Dla mnie naturalne jest to, że jeśli zakazujemy używania symboli religijnych w przestrzeni publicznej (wszak rzecz ma się identycznie zarówno z krzyżami, jak i gwiazdami Dawida czy półksiężycami) to dotyczy to wszystkich religii. Wyrok ten byłby pewnie wykorzystany przeciwko islamizacji publicznych szkół. Niektórzy mówią w tym miejscu, że muzułmanie z takich wyroków nic by sobie nie robili, tylko spalili pół miasta – tak jakby chrześcijańska dyskryminacja w białych rękawiczkach była czymś wzorowym, a islamistyczny fanatyzm usprawiedliwiał chrześcijańskie „znaczenie terenu”. Jednak, dla dobra dyskusji, pozostawiłbym argumenty typu histerycznego, na marginesie.

Na wstępie należy sobie zadać pytanie – po co w ogóle wieszać symbole religijne w budynkach publicznych? Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie jest to sytuacja analogiczna do wieszana godła państwa, ponieważ godło to symbolizuje „właściciela” danej placówki – którym jest państwo. To ono finansuje daną szkołę, to ono rozporządza, co ma się dziać w danym szpitalu, to wreszcie ono podejmuje swe decyzje dotyczące ogółu w sali Sejmu wszystkich obywateli polskich. Kwestię „bycia właścicielem” danego miejsca poruszę jeszcze później. Powróćmy do ideologizowania budynków. Szkoła to miejsce przede wszystkim nauczania. Wszystkich obowiązują w niej te same prawa, bez względu na posiadany majątek, preferencje polityczne, poziom inteligencji czy klub sportowy, któremu się kibicuje. Nie powinno być więc rozróżnienia praw i obowiązków względem wyznawanej religii. Nie wiedzieć czemu uznaje się, że ideologia danej religii ma większe prawo być obecna w szkole niż ideologia partii politycznej – tak jakby religijne „nie kradnij” było czymś lepszym od politycznego „prawa własności”. Osobiście nie widzę żadnego celu, by szkoła miałaby być miejscem „naznaczonym” przez jakąkolwiek ideologię (religijną albo polityczną) i to nie tylko z powodu światopoglądowej neutralności, jaką powinna się cechować szkoła.

W tym momencie pojawia się stwierdzenie: „A czemu nie? Wszak religia katolicka jest religią zdecydowanej większości Polaków, a wartości katolickie są wartościami niemal wszystkich obywateli RP bez względu na wiarę”. Nawet jeśli – to co z tego? Czy to jest wystarczającym argumentem za tym, by wieszać znak tego wyznania w publicznej szkole? Wiele osób idzie jednak dalej z konsekwencjami preferencji religijnej Polaków: „Skoro 90% Polaków to katolicy, to znaczy, że 90% podatków pochodzi z katolickich kieszeni! A więc to katolicy powinni decydować o tym na co przeznaczane są pieniądze z polskiego budżetu”. Wydaje się to okoliczność dość sensowna, ale tylko na pierwszy rzut oka. Pojawia się pytanie: czemu to religia społeczeństwa ma być jedynym wyznacznikiem „większości” uprawniającej do dysponowania ogólnokrajowym (czyli także osób należących do „mniejszości”) majątkiem? Poza tym – skąd wiadomo, że większość chce tego, co się jej przypisuje? Jeśli zaledwie połowa katolików chodzi do kościoła – na jakiej podstawie wnioskuje się, że wszyscy chodzący (i co najmniej połowa niechodzących) chcą, aby symbol ich religii obecny był w sferze publicznej? Jest jeszcze jedna kwestia: czy podatki płacą jako katolicy czy jako obywatele państwa, bez względu na wyznanie? Czemu niektórzy uważają, że płacący podatki ateista nie ma prawa decydowania o tym, na co idą jego pieniądze, bo jego światopogląd podziela „mniejszość”?

Mówi się o tym, że krzyż to symbol chrześcijaństwa – religii, która stanowi „fundament” europejskiej kultury, będąc w wielu państwach drzewem, które oplata bluszcz wartości narodowych. Znalazłem opinię, że krzyż jest „logo Europy”, że bez krzyża Europa nie jest Europą. Można by się zastanowić – czemu tak bardzo zwalczane są pozostałe fundamenty tożsamości Europejczyków: „pogańskie” cywilizacje rzymska i grecka oraz „pogańska” kultura celtycko-germańska? Na dobrą sprawę, elementem kultury europejskiej jest też islam, ponieważ dzięki jego wyznawcom udało nam się dotrzeć do osiągnięć cywilizacji Dalekiego Wschodu (nie mówiąc o wykorzystaniu pomysłów arabskich) oraz szeroko rozumiany „nieteizm” zarówno ten bardziej świecki, jak i bardziej antyreligijny (idee Rewolucji Francuskiej, obecne w dzisiejszym świecie, były buntem przeciwko monarchii wspomaganej przez Kościół). Poza tym, przywiązanie do wartości chrześcijańskich specjalnie nie służyło Europie na przestrzeni jej dziejów – albo były przyczyną takich a nie innych zachowań znanych nam z lekcji historii, albo uczestnicy historii te wartości mieli głęboko w poważaniu. Tylko czy wtedy można mówić o „fundamencie” i „tożsamości”?

Dla innych krzyż to przede wszystkim symbol religijny: bądź to „chrześcijaństwa” (nie zauważając przy tym faktu, że w niektórych wyznaniach chrześcijańskich krzyż wygląda zgoła odmiennie), bądź to symbol śmierci Jezusa, a więc jego poświęcenia, miłości, duchowej mocy, uświęcenia, itd. Krytykując wieszanie krzyża jako symbolu religijnego, narażamy się na posądzenie o ograniczenie wolności religijnej (wszak symbol religijny, gdziekolwiek by się nie znajdował, traktować należy jak hinduską świętą krowę) albo obrazę uczuć religijnych (co jest pojęciem tak obszernym, że tak naprawdę wszystko się do tego zalicza). Wydawać by się mogło, że dla niechrześcijanina (a szczególnie ateisty) krzyż to nic więcej jak dwie prostopadłe deseczki, więc nie powinien się przejmować ich obecnością w przestrzeni publicznej. Równocześnie jednak wymaga się od niewierzącego artysty, by „szanował” przedmiot czci ludzi wierzących i np. nie tworzył instalacji, gdzie zdjęcie męskich genitaliów ma kształt równoramiennego krzyża. Jak to – symbol religijny ma być jednocześnie „niczym” i „czymś”? „Uczulenie na krzyż” nie wynika z opętania – raczej z tego, że pewnej części społeczeństwa przypomina się, że coś z nimi jest nie tak, że są odmienni od „ogółu”…

Weźmy pod uwagę również neutralność światopoglądową państwa, zapisaną w konstytucji. Zasada ta mówi o tym, że państwo nie powinno ingerować w religię obywateli, nie wspierać ani nie dyskryminować żadnej z nich, jak i nie identyfikować się z danym światopoglądem. Co ważniejsze jednak, idea ta wprowadza na terenie państwa miejsca, które jako własność wszystkich, wyłączone są spod reprezentowania jakiejkolwiek ideologii. I tak: szkoły są od nauczania, szpitale od leczenia, sądy od orzekania, miejskie parki od spacerów, a Sejm od obradowania nad sprawami państwa. Nie powinno się wymagać od żadnej z tych instytucji bądź miejsca ustosunkowania się wobec danej ideologii – chyba, że jest to państwo z natury wyznaniowe. Dla wielu neutralność to szkodliwy element poprawności politycznej („bo niby po co to nam?”) albo zwyczajny mit („bo zawsze czyjeś będzie na wierzchu”). Neutralność w każdym środowisku jest ważna dlatego, że zapewnia względnie dobre samopoczucie wszystkich uczestników życia publicznego – niezależnie od preferowanych przez nich partii, religii czy systemów operacyjnych komputerów. Druga kwestia jest nieco bardziej skomplikowana – czy w ogóle da się być „neutralnym”? Gdybyśmy chcieli zadowolić wszystkich, to symbol każdej ideologii powinien wisieć na ścianie – albo żaden. Ze względów praktycznych, lepsza jest ściana pusta. Niektórzy uważają jednak, że jeśli uważamy ścianę, na której wisi krzyż, za propagującą katolicyzm, to powinniśmy uważać ścianę pustą za propagującą ateizm (grając na antykomunistycznych nastrojach). Stwierdzenie to wynika ze śliskiego założenia, że ściany w publicznych placówkach są nie tylko po to, by podtrzymywać strop, ale także by informować o wartościach społeczeństwa i propagować je. Tymczasem prowadzi to do dość absurdalnych konsekwencji. Po pierwsze, wynikałoby z tego, że toalety „z reguły” są ateistyczne, bo sądzę, że nikt nie wpadł na pomysł, by nad pisuarem wieszać krzyż. Po drugie – jeśli pusta przestrzeń na ścianie to symbol ateizmu, to polskie szkoły są ateistyczne w co najmniej 95 procentach, nawet jeśli na każdej wisiałby krzyż albo inny religijny symbol. Gdyby chcieć przywrócić „proporcjonalność” postulowaną przez Lecha Wałęsę – krzyże na szkolnych ścianach winny być rozmieszczone jeden obok drugiego, bądź sięgać od podłogi po sam sufit. Brak symboli ideologicznych w szkole nie oznacza bynajmniej propagowania postawy odcinającej się od religii – oznacza jedynie, że szkoła zachowuje bezstronność i milczy w kwestii ideologii politycznej albo religijnej.

Niektórzy twierdzą, że „neutralność neutralnością, ale sprawiedliwość musi być po stronie większości”, co w mniej przyjaznym tonie przybiera formę: „mniejszości powinny znać miejsce w szeregu”. Objawia się tu niezrozumienie idei demokracji – wykonywania woli większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Obecność krzyża przy polskim godle oznacza jedno: jeśli chcesz czuć się Polakiem albo obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej – musisz być katolikiem. Jest to zwykła dyskryminacja, której nie usprawiedliwia żadna wola większości – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę elementy katolickiej doktryny. Poza tym – warto by zadać sobie po raz kolejny pytanie: o jakiej większości mowa? Nie spotkałem się dotąd z żadnym głosowaniem albo referendum w sprawie krzyży w szkołach – argument „większość tego chce” ma więc tę samą wartość, co robienie z któregoś kandydata prezydenta rok przed wyborami, na podstawie sondaży…

W sporze o obecność symboli religijnych w miejscach publicznych pojawia się kwestia tego, gdzie zaczyna się własność publiczna, a gdzie własność prywatna. Myślę, że symbole religijne powinny być traktowane tak jak np. zdjęcia osób emocjonalnie bliskich albo ważnych dla państwa, lecz których poglądy nie są poglądami ogółu (np. premier albo prezydent), albo tak jak inne „symbole” funkcjonujące w świecie albo jak biżuteria. Czyjś dom jest jego prywatną własnością i na swoich prywatnych ścianach może wieszać sobie co mu się żywnie podoba. Podobnie w prywatnych firmach, szkołach czy szpitalach – ten kto finansuje ściany, ma prawo wieszać na nich co chce. Jeśli jest to jednak przestrzeń publiczna, a więc finansowana zarówno przez wierzących, jak i niewierzących, liberałów jak i socjalistów, kobiety, jak i mężczyzn – nie powinno być żadnych symboli prócz państwowych. Nie powinno się jednak zabraniać posiadania symboli religijnych na własny użytek – ani mniej, ani bardziej niż zdjęcia rodziny albo noszonego serduszka na łańcuszku. Jeśli ktoś ma własne biurko albo pokój do dyspozycji – i ma możliwość urządzenia go wg własnego upodobania – niech postawi albo powiesi sobie znak swojej religii! Jeśli komuś symbol religijny pomaga w dojściu do zdrowia – niech go postawi na szafce przy łóżku, tak jakby stawiał tam zdjęcie kogoś bliskiego! Jeśli wykonywana funkcja nie stanowi przeszkód dla noszenia jakiejkolwiek biżuterii – każdy powinien mieć prawo założyć sobie krzyżyk albo gwiazdę Dawida na szyi! Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, nie jest to ograniczenie wolności religijnej (pojawia się nawet termin: swobodne wykonywanie praktyk religijnych), a sprowadzenie ich na teren prywatny, osobisty – czyli wycofanie ich z obiegu ogólnonarodowego, który powinien być wolny od wszelkiego zideologizowania. Wszak podobno wiara to sfera subiektywna i prywatna… Jeśli więc ołtarz wolny jest od narodowych symboli, tak publiczna ściana powinna być wolna od symboli religijnych. Na tym, między innymi, polega zasada rozdziału Kościoła od państwa.

Dyskusjom na tematy religijne (bądź światopoglądowo generalnie) zawsze towarzyszy podgrzana atmosfera. Choć sporo w nich argumentów rozsądnych bardziej bądź mniej, które powinny być sednem problemu, to nie brak również argumentów stricte emocjonalnych, histerycznych, mających za zadanie sprowadzić debatę na drogę absurdu i okopów. Podejrzewam, że problem religii w życiu publicznym nie będzie rozwiązany przez wiele lat, że nie wyjdzie spoza literackiej fikcji. W tę „fikcję” wpisuje się także mój tekst. Myślę, że problem krzyża (ale także i np. szkolnej katechezy albo kapelanów tu i ówdzie) to tylko wierzchołek góry lodowej. To, czego nam potrzeba wpierw, to zrozumienie zasad funkcjonowania społeczeństwa i państwa, demokracji, neutralności oraz praw większości i mniejszości. Przede wszystkim jednak szacunku do drugiej strony w każdej dyskusji. Tego się dopiero uczymy. Podejrzewam, że nie pojmiemy tego zbyt szybko…

<< Wróć do poprzedniej strony