Teksty

Obraza boska

Ludzie chodzą w gości i sami goszczą innych. W obu rolach chcą spisywać się najlepiej, jak potrafią, a już gospodarze na głowach niemal stają czasem, by nikt nie wyszedł od nich głodny i niezadowolony. Bywa jednak, że przesadzają, usiłując kogoś nakarmić maksymalnie; ten i ów z grzeczności nie odmawia, by gospodarza nie urazić, chociaż w głębi serca najchętniej zwiałby od stołu. Znacie to – powstrzymywanie się od mówienia „nie” gwoli satysfakcji pani domu? Zupełnie tak samo postępują rodzice i dziadkowie, karmiący małe dzieci – „za tatusia” trzeba zjeść, „za mamusię” i „za babcię”… Zawsze współczułam koleżankom, które musiały siadać do stołu o zaleconej godzinie, choć nie były głodne. Taka tradycja była i bez dyskusji.  Zjawisko to przypomina mi inny, niezwiązany z jedzeniem problem, którego mechanizm jednak działa tak samo.

********

        Zastanawiałam się wiele razy, co się dzieje w przypadku człowieka, który – mimo, że sam został ochrzczony w kościele -  własnego dziecka do chrztu oddać nie chce. Po prostu przestali być wierzący i praktykujący, więc z tego sakramentu rezygnują. Jakie ma to konsekwencje w ogóle i czy jakiekolwiek? Z ciekawości pogadałam z paroma osobami – również z księdzem – i poczytałam wypowiedzi ludzi na kilku forach; zaprawdę, można być zdumionym reakcjami niektórych katolików.
        To, że księża mają oczywiste w kwestii chrztu zdanie, jest zrozumiałe – w końcu są zobowiązani do lojalności wobec dogmatów, które głoszą. Pomijając tych, którzy bardzo ostro krytykują wszelkie odstępstwa od katolickich nakazów i żadnych argumentów nie przyjmują do wiadomości, są i bardziej liberalni kapłani. Mówią, że skoro człowiek odszedł od wspólnoty, sam bierze odpowiedzialność za duszę swego dziecka. Przy okazji, oczywiście, nie omieszkają wspomnieć o grzechu, z którym się człowiek rodzi, tudzież o ogniu piekielnym i wiecznych mękach – niech im będzie; usprawiedliwia ich wykonywany zawód. Tego jednak, jak do sprawy podchodzi sporo ludzi ponoć szczerze wierzących, jest nie do zaakceptowania.
        Otóż, bardzo często dziadkowie stawiają sprawę na ostrzu noża: albo ich wnuczęta będą ochrzczone, albo kontakty z ich rodzicami zostaną zerwane. Obraza jest wielka, szantaż emocjonalny takoż, a rodzice mają dylemat. Nikt przecież nie chce być odrzucony przez najbliższych, ale rezygnacja z własnych poglądów byłaby aktem obłudy – co zatem robić? Szukają ludzie wyjścia z sytuacji i radzą się innych – o ile innowiercy i ateiści zdrowo podchodzą do sprawy, mówiąc „nie chrzcij, skoro miałoby to być tylko na pokaz”, o tyle katolicy mówią „zgódź się na chrzest dla świętego spokoju i dla dobra dziecka”. No, ja bardzo przepraszam, ale przecież to kompletny idiotyzm jest.
        Jak ludzie, uważający się za dobrych katolików mogą coś takiego w ogóle radzić?? Podobno nie akceptują hipokryzji, a tu – proszę, jaka elastyczność! Żeby babcia się nie rozchorowała i sąsiedzi nie gadali, powinno się przedstawienie zrobić i mieć „święty” spokój. Radzi się niewierzącym, by na chwilę stali się aktorami i przysięgli, że będą wychowywać dziecko w takiej, a nie innej wierze – taż to jest to samo, co podpisanie „lewych” papierów! Oszustwo i cyrk w jednym, za które na dokładkę trzeba byłoby zapłacić. W imię czego – satysfakcji bliższego i dalszego otoczenia? „Zjedz zupkę, jeśli kochasz mamusię”??!
        Przeciwnicy rezygnacji z chrztu twierdzą, że „wyrodni” rodzice narażają potomka swego na kłopoty w przedszkolu i szkole – większej głupoty dawno nie słyszałam. To już nie te czasy, gdy piętnowało się nieochrzczone dzieciaki, czego dowodem są wypowiedzi ich rodziców. Może w małych wsiach jeszcze istnieje zjawisko presji „sakramentalnej”, ale i tam różnie bywa, bo ludzie migrują i mogą mieć w nosie to, co „inni powiedzą”. Nie dzieci kształtują w sobie poglądy na takie czy inne odstępstwa od katolickiej wiary – czynią to ich rodzice i dziadkowie, którzy z uporem maniaka twierdzą, że co nie jest „po linii”, to złe. Zresztą, co tu dużo mówić: wystarczy poobserwować, ilu uczniów chodzi na lekcje religii – w podstawówkach i gimnazjach „muszą”, bo komunia pierwsza i bierzmowanie, a później to już strata czasu.
        Chrzest powinien być aktem świadomym, przemyślanym, a nie narzuconym jako obowiązująca norma. Nie można traktować niemowlaka jak ubezwłasnowolnionego człowieka i z góry oczekiwać, że będzie na wieki oddany tej wierze, którą mu nakazano w chwili, gdy jako osesek nie miał nic do powiedzenia., a mówią faceci w sutannach, że od poczęcia życie jest ważne i należy je cenić. Cenić – jak?? Postraszyć tym, że brak katolickiego chrztu oznacza zakaz przystąpienia do komunii – no to co? Brak papierka z owej komunii to zakaz udzielenia bierzmowania – no to co?? Brak bierzmowania oznacza brak możliwości zawarcia małżeństwa w kościele – no to co??? Nie będzie kilku imprez i kasy dla kościoła, jakiś procent babć się obrazi, ale człowiek nie zrobi z siebie marionetki ku chwale opinii publicznej.

********

Człowiek sam, jako dojrzała osoba, powinien decydować o tym, czy w tej, czy innej wierze chce być ochrzczony, o ile w ogóle. Ma prawo od wiary odejść nawet wówczas, gdy sam otrzymał ów chrzest, a pojęcia nie miał wtedy, co to w ogóle jest religia.  Ma prawo dać wybór własnemu dziecku, bo żadna wiara nie jest obowiązkowa, choć tak się niektórym wydaje. Ma w końcu prawo nie myśleć tak samo, jak jego dziadkowie, rodziciele i kościół, który wybrano za niego.  
Podobno dano mu wolną wolę przecież.

<< Wróć do poprzedniej strony