Teksty

Trzy promile

Daj kurze grzędę,

   Powie: „Wyżej siędę!” 

   Przyznaję, że dziś zachowam się jak ta kura.

   Rząd chce wprowadzić dobrowolny odpis 0,3% podatku na działalność Kościoła i innych związków wyznaniowych, w zamian za zlikwidowanie Funduszu Kościelnego. Tym, którzy nie pamiętają, przypominam, że nie mam związków z żadną religią, tak więc każdy krok ku świeckości państwa, jako instytucji, uważam za krok w dobrym kierunku. Moim marzeniem jest kraj religijnie neutralny, bez przywilejów dla żadnej grupy wyznaniowej, w którym każdy ma jednak prawo wyznawać religię, jaka mu się podoba, o ile nie szkodzi to innym ludziom. Ot, na wszelki wypadek, gdyby komuś religia nakazywała na przykład składanie ofiar z ludzi, lub pozwalała na tzw. „honorowe zabójstwo”… No i państwo, w którym ze względu za wyznawaną religię nikt nie ma prawa nikogo dyskryminować, a wszelkie zakazy niektórych praktyk podyktowane są wyłącznie niezgodnością z prawem świeckim – jak na przykład wielożeństwo.

   Tak więc, wydawałoby się, że tylko przyklasnąć temu pomysłowi. Skończy się branie pieniędzy na Kościół od tych, którzy finansować Kościoła nie chcą.

   Ale czy to rzeczywiście jest rozdział Państwa i Kościoła?

   Pieniądze, które odprowadzam w postaci podatku, przestają być moja własnością. Stają się własnością Państwa. I z tych pieniędzy – jeśli sobie tego zażyczę – część otrzyma Kościół, czy jakiś inny, wskazany przeze mnie związek wyznaniowy. A więc de facto otrzyma pieniądze państwowe. Nadal finansowany jest przez państwo, tyle tylko, że nie przez wszystkich obywateli.

   Krok jest moim zdaniem słuszny – tyle, że za mały.

   Załóżmy, że Państwo potrzebuje pewnej określonej, wyliczonej przez ekonomistów sumy na własne potrzeby. Tę sumę musi ściągnąć w postaci podatków. Jeśli jednak część tych pieniędzy powędruje do kas związków wyznaniowych, Państwo, aby nie powstała dziura w budżecie, musi go uzupełnić, odpowiednio zwiększając składkę. Czyli tak naprawdę, ponieważ część podatku dostanie ksiądz dobrodziej, ja muszę zapłacić więcej. Nie „więcej niż dziś”, tylko „więcej, niż musiałbym płacić, gdyby religie nie były finansowane z podatków”.

   Czy tak być powinno? Co daje nam to rozwiązanie?

   W zasadzie nic, tyle tylko, że trudniej będzie związkom wyznaniowym zaprojektować własny budżet, ponieważ żaden z nich nigdy nie może być pewien, jaką część z tego budżetu otrzyma. Czyli, bardziej rubasznym językiem, proboszcz, który do tej pory dostawał rocznie 50 tysięcy z Funduszu Kościelnego, może dostać 10, co sprawi mu niemało kłopotów w utrzymaniu parafii, ale może tez dostać 100, jeśli parafianie dużo zarabiają i zechcą się swym podatkiem podzielić.

   A co by się stało, gdyby zamiast odpisu od podatku, rząd uchwalił dodatkowy, dobrowolny podatek na cele religijne?

   Z punktu widzenia Kościołów nie zmieniłoby to nic, w stosunku do aktualnej rządowej propozycji. Załóżmy, że suma podatku kościelnego byłaby taka sama, jak ów trzypromilowy odpis i że płaciliby go dokładnie ci sami ludzie. Nie zapłaciliby w rzeczywistości ani złotówki więcej, co wyjaśnię pod koniec, zatem można przyjąć, że jest to założenie prawdopodobne. Niepewność taka sama – jednak sądzę, że po latach sytuacja ta unormowałaby się i suma, wpływająca do kościelnej kasy byłaby w miarę stała.

   Z punktu widzenia państwa dokonałby się natomiast, tak długo postulowany przez wielu obywateli, rozdział finansów państwowych i kościelnych. Kościół stałby się bytem niezależnym, finansowanym przez wiernych. Luteranin nie dołożyłby złotówki do Kościoła Rzymsko-Katolickiego, grekokatolik finansowałby własną parafię, nie oddając nic protestantom, Świadkowie Jehowy nie finansowaliby innych, „fałszywych” religii, a ateiści mieliby wszystko w pompie i zamiast dawać duchownym, kupiliby sobie nowe buty, bo im się już rozlatują przy piętach. Skutek niewłaściwego ściągania butów… Dodatkowo – i to jest właśnie najważniejsze w tym wszystkim, ponieważ sprawia, że nit nie musi płacić więcej - podatek odprowadzany do kasy Państwa, mógłby zostać pomniejszony o tę właśnie sumę, która teraz przeznaczona jest na związki religijne. Państwo dostałoby tyle samo, Kościoły dostałyby tyle samo, ludzie płaciliby tyle samo – przynajmniej wierzący.

   Wychodzi na to, że wiele by to nie zmieniło, ale cała sytuacja byłaby bardziej przejrzysta i chyba bardziej uczciwa.  

<< Wróć do poprzedniej strony